Mr. Nobody

Styczeń 7, 2011

Mr. Nobody

Nemo Nodoby. Poznajemy go w świecie przyszłości, w którym nikt nie umiera. On sam jednak pochodzi z naszych czasów, jest najstarszym człowiekiem na Ziemi, ostatnim, którego czeka śmierć. W świecie, którego do końca nie rozumiemy i nie znamy. Bo też ten świat nie jest ważny, jest tylko przyczynkiem do opowieści o miłości.

Trudno ten film opowiedzieć, nie zdradzając fabuły. Taką już ma konstrukcję, że wstępu w zasadzie opisać się nie da, zaś pisząc o choć fragment po poznaniu zakończenia zdradzimy wszystko.

Mr. Nobody opowiada historię miłości swego życia. Nie jednej, a trzech. Miłości do trzech różnych kobiet poznanych już w dzieciństwie. Opowiada też o tym, jaki ojciec i matka mieli na niego wpływ i jak zmienili jego przyszłość. Mr. Nobody to też film mówiący o tym, jakich możemy w życiu dokonać wyborów, jakie będą niosły ze sobą konsekwencje. To też kino mówiące o tym, że możemy umrzeć szczęśliwi dokonując niekoniecznie tych słusznych wyborów. Możemy też nigdy nie obudzić się z naszych marzeń…

Trochę to lania wody, ale tak dobrego filmu bardziej zdradzać nie można. Natomiast o kunszcie autorów trzeba napisać więcej. Scenariusz i reżyseria Jaco Van Dormaela to absolutna pierwsza liga. Niesamowita realizacja, zdjęcia, obrazowe metafory, muzyka z idealnie dopasowanych przebojów. Do tego aktorstwo. Obsadzony w głównej roli Jared Leto, trudno sobie wyobrazić lepszego aktora do postaci Nemo Nobody. Partnerująca mu Diane Kruger grająca Annę jak zwykle w wyśmienitej formie. Chociaż i tak aktorsko role w filmie ukradli Toby Regbo oraz Juno Temple grający młodych Nemo oraz Annę.

Mr. Nobody to zdecydowanie mocny początek 2011 roku w naszych kinach. Dodać jednak trzeba, że nie jest to łatwy film i zadowolony z kina wyjdzie ten, kto liczył na intelektualną rozrywkę. 9/10

Niepowstrzymany

Listopad 18, 2010

Niepowstrzymany

Czego można się spodziewać po filmie, którego zakończenie jest z góry znane i to nie dlatego, że reżyser i scenarzysta je nam pokazali, a film jest retrospekcją, ale dlatego, że jest przewidywalne do bólu? Przeważnie niczego wielkiego.

Niepowstrzymany to kolejny wspólny film Tony’ego Scotta i Denzela Washingtona i zarazem jeden z najlepszych. Po nieudanym Metrze Strachu daleko od torów nie uciekli. Zmienił się jednak gatunek filmowy. To tym razem nie kino akcji (chociaż tak podają na portalach filmowych), lecz film katastroficzny.

Wszystko zaczyna się od ignorancji i niefrasobliwości jednego z pracowników kolei. Moment nieuwagi skutkuje wyruszeniem w trasę rozpędzonego pociągu towarowego pozbawionego jakiejkolwiek obsługi. A w składzie m.in. cysterny z benzyną i chemikaliami. Na trasie pociągu inne składy jadące na czołowe zderzenie z „Niepowstrzymanym”, miasteczka i duże miasto z ostrym zakrętem, na którym na pewno nie utrzyma się pędzący pociąg.

Do walki z pociągiem stają wszystkie służby, pracownicy kolei pracują nad planem zatrzymania, bądź wykolejenia pociągu. Do akcji wkraczają również Frank Barnes (Washington) z Willem Colsonem (Chris Pine) prowadzący towarowy skład tej samej trasie.

We wstępie wspomniałem o emocjach mimo przewidywalności. Ton Scott zrealizował Niepowstrzymanego perfekcyjnie. Świetne zdjęcia, muzyka, gra aktorów, sposób narracji sprawiają, że film śledzimy niczym autentyczne wydarzenia relacjonowane przez telewizję. Nie ma tu głupawych żartów, nie ma ckliwości, nie ma nierealistycznego heroizmu, nie ma nierealistycznych kraks, wybuchów i innych atrybutów współczesnego kina. Jest pędzący pociąg i ludzie próbujący go powstrzymać. Tylko tyle i aż tyle.

Niepowstrzymany nawiązuje do autentycznych wydarzeń z 2001 roku jednak więcej w nim fikcji i dramatyzmu niż było w rzeczywistości. Wszystko to oczywiście by film był bardziej emocjonujący i dramatyczny, ale przecież o to chodzi w kinie katastroficznym.

Niezniszczalni

Październik 20, 2010

Niezniszczalni

Sylvester Stallone mimo emerytalnego wieku ciągle rządzi w kinie akcji. Tym razem wpakował do swojej najnowszej produkcji kolegów od rozwałki i zafundował nam pełny emocji film „Niezniszczalni”. Nie są to może wzniosłe emocje, bo głównie skoki adrenaliny dla fanów łubudu, ale jak opakowane!

W pierwszym rzędzie Sly’owi asystują Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Mickey Rourke i Eric Robert. Są też Bruce Willis i Arnold Schawrzenneger. Co prawda w jednej scenie, ale z tak powalającym dialogiem, że cała sala ryknęła śmiechem.

I tacy są właśnie „Niezniszczalni”. Grupa najemników nie do pokonania, gotowa rozbić całą armię (czego można było się spodziewać), robiąca to w efektownych, pompujących testosteron scenach. A przy tym traktująca z humorem większość tego co dzieje się na ekranie. Nikt tu nie udaje poważnego filmu dzięki czemu widz bawi się doskonale. O ile nie rozboli go głowa od nadmiaru eksplozji, wystrzałów z karabinów i rozbijających się w pościgach samochodach.

Stallone przywrócił kinu akcji blask. Wcześniej Rambo IV, teraz Niezniszczalni. Zafundował nam wszystko to, co lubiliśmy jako dzieciaki, oglądając filmy z lat 80’. Zrobił to po mistrzowsku, przywrócił dawnych herosów do życia, naładował adrenaliną i testosteronem i zmiótł wszystkie nędzne imitacje telewizyjnego kina akcji lansowanego w popularnych stacjach TV.

Kto ma ochotę na łomot w najlepszym wydaniu, film w którym jaja bohaterów przesłaniają pół ekranu, a trup ściele się gęsto, ten niech sięgnie po „Niezniszczalnych”… i kufel piwa!

Yip Man

Wrzesień 21, 2010

Yip Man

W dzisiejszych czasach tytuł „Ip Man” budzi jednoznaczne skojarzenia. Przynajmniej u mnie (mimo, że Ip nie jest pisane jako IP). Na szczęście spojrzałem też na tytuł oryginalny („Yip Man”) oraz plakat i kraj, w którym film wyprodukowano. Potem szybka decyzja, Canal+ = brak reklam, IMDB = 8,2 oraz zachwyty w komentarzach na stronie C+ i już wiedziałem co będę robił we wtorkowy wieczór.

Yip Man, tak nazywa się bohater filmu, to chiński mistrz sztuk walki wywodzący się z jednego z najstarszych i najbogatszych rodów Foshan. Z tego też powodu nasz bohater jako jedyny nie musi w mieście zarabiać prowadząc choćby szkołę sztuk walki, by zapewnić sobie byt. Mimo to, Yip Man nieraz staje do walki, za każdym razem dając popis swoim nieprzeciętnym umiejętnościom.

I jak do tej pory wszystko się zgadza. „Yip Man” to kolejny azjatycki film, którego głównym tematem są sztuki walki, choć nie taki jak Hero, czy inne „latające sztylety”. Tutaj nikt nie fruwa po dachach, jeziorach i nie wiadomo czym. Pozory kopaniny, choć pięknie pokazanej, kończą się wraz z inwazją Japonii na Chiny w 1937 roku.

W tym momencie dostajemy przejmujący, aczkolwiek na całe szczęście pozbawiony ckliwości obraz Chin pogrążonych w biedzie. Kraju, w którym jedni obywatele próbują uczciwie zarobić na worek ryżu, czy też wypieczonego ziemniaka. Kraju, w którym biedota ludu sprawia, że obywatele napadają rodaków by nie głodować. Kraju, w którym jednostki „sprzedały duszę diabłu”, by zapewnić rodzinie egzystencję.

Więcej opowiadać szkoda. Kto wie kim Yip Man był, domyśli się dalszych losów filmu. Kto nie wie, jak ja, obejrzy z ciekawością, choć może też przypuszczając co się stanie.
„Yip Man” to chyba najlepszy film, którego tematem, czy też sposobem na opowiedzenie historii są sztuki walki. Nie jest to też żadna kopanina, a w dużej mierze i dramat. Bez ckliwości i zbędnego sentymentalizmu… wzruszyłem się na kung-fu.

Na sam koniec dodam jeszcze, że „Yip Man” ma świetną muzykę, zdjęcia i scenografię. Naprawdę kapitalnie zrealizowane kino.

PS
Jest to też film historyczny, choć losy głównego bohatera pokazane w filmie nie do końca są prawdziwe. Ale kogo to obchodzi. Bez pewnej dozy fikcji ten film zapewne wiele by stracił.

PS 2
Jeśli nie wiecie kim Yip Man był, nie oglądajcie trailera, bo pół filmu Wam to zepsuje.

Incepcja

Wrzesień 1, 2010

Incepcja

Christopher Nolan ma zaskakujący dar bajerowania widza. Patrząc na oceny chociażby Mrocznego Rycerza, czy najnowszej Incepcji utwierdzam się tylko w tym przekonaniu. Oczywiście można lubić różnego rodzaju filmy, ale ktoś oceniający np. Niezniszczalnych wysoko, był świadom, że idzie na kino nastawione w 100% na akcję.

U Nolana jest inaczej. Niby ambitny, niby inteligentny i niby idziemy obejrzeć film, który ma nas poruszyć i zaintrygować, więc i poprzeczka jest ustawiona gdzie indziej.
I tej poprzeczki Nolan kolejny raz nie sięgnął. Od czasów Memento coraz słabiej. A obecna w kinach Incepcja ku memu zdziwieniu oceniana jest jako film niemal wybitny, a jest …no właśnie czym?

Historią science-fiction, opowiadających o ludziach mogących we śnie podróżować w umysłach(snach) innych osób i odkrawać ich różne tajemnice, poznawać sekrety dusz. Co by nie mówić, film zrealizowany jest na najwyższym poziomie, ze świetną grą aktorską – szczególnie podobał mi się Leonardo DiCaprio i Marion Cotillard.

Wracając jednak do fabuły, ten niby wybitny film nie oferuje żadnej rozrywki intelektualnej. Siedząc w kinie już w połowie seansu, jeśli nie wcześniej, znałem zakończenie. Dodatkowym rozczarowaniem okazało się tak naprawdę nie zrealizowanie owego zakończenia, bo i brakowało w tym filmie jakiejś ciekawej pointy, czy zawiązania historii. Niby to film o facecie, który stracił przez „zejścia” do snu żonę i mógł ją oglądać tylko śniąc (w projekcjach własnego umysłu), ale i tak problem tej miłości i trudnego rozstania męża z żoną zszedł na daleki plan, bo filmowi bohaterowie biegali i strzelali przez większość filmu (a jednak to nie kino akcji typu Niezniszczalni), by w końcowym efekcie okazało się, że to tylko taki wypełniacz filmowy był… zresztą bardzo długi, bo 152 minutowy.

Jeżeli ktoś lubi filmy Nolana, pewnie wyjdzie z kina szczęśliwy. Jeśli zaś ktoś oczekuje czegoś nowego, a nawet jeśli wtórnego, to nakręconego tak, by przeżyć dreszczyk emocji i chociaż przez chwilę intelektualnej rozrywki związanej z opowiadaną historią, ten się rozczaruje i zmęczy, bo ten film, oferując tak mało rozbudowaną fabułę nie powinien być dłuższy niż 100 minut.

Cóż, może pseudointelektualny Nolan jest jednak intelektualnym wyzwaniem współczesnych kinomanów?

Machete

Sierpień 4, 2010

Najpierw był fake trailer. Teraz już na poważnie Rodriguez i jego Machete. Oby nie zawiódł…

YouTube Preview Image

… bo jest na co czekać. Hell yeah! Zapowiada się rok dwóch przekoazckich filmów akcji.

Predators

Lipiec 28, 2010

Predators

Kultowego kina przerabiania na papkę ciąg dalszy. Co prawda tym razem było nieco lepiej niż w przypadku Alien versus Predator, czy Alien versus Predator: Requiem, no ale… Predators i tak pozostają marną kopią pierwszego Predatora.

Miałem co prawda nadzieję, że Robert Rodriguez wie co robi. W końcu tyle opowiadał o swojej wizji filmu obmyślonej już ładnych parę lat temu. Na ekranie jednak tego widać nie było. Chociaż sam pomysł na film zły nie był, to scenarzyści Alex Litvak i Michael Finch (kim w ogóle oni są?) zmarnowali go całkowicie.

I tak mamy film, który aż do przesady czerpie z pierwszego Predatora. Pułapki na bestie z kosmosu, sceny walki mające nam często chyba przypominać, że Predator, to jest fajny film. Szkoda, że Predators najlepsze co ma z pierwowzoru, to muzykę. Bohaterowie totalnie bez wyrazu, zachowujący się często niedorzecznie (w pewnym momencie dowiadujemy się, że jeden z bohaterów wie jak nie dać się zauważyć obcym, ale i tak nikt się do tego nie stosuje przez większość filmu – lepiej dać się zabić). Przy tym nie okazujący specjalnie strachu. A przecież nie tylko nasi bohaterowie spotkali się z wrogiem przekraczającym ich wyobrażenia, ale i znaleźli się na obcej planecie. Widać byli o wiele twardsi od komandosów dowodzonych przez Schwarzeneggera swego czasu. Nie wspominając już o Adrienie Brodym, który swą muskulaturą przewyższa majora Dutcha, a szybkością bije na głowę Predatory (pewnie dlatego z taką łatwością okładał jednego po łbie). Przy tym gra, wybaczcie spoiler, zimnego drania, który na końcu okazuje się romantycznym mięczakiem. Litości…

Tak więc jeśli nie widzieliście jeszcze Predatora – tup tup do wypożyczalni po oryginał z Arnoldem. Jeśli zaś widzieliście – pozostańcie przy tym co do tej pory.

No, ostatecznie nie jest to tak zły film jak się wydaje z tego opisu. Jeśli macie wysoką tolerancję i przeżyliście obie części AvP nie wychodząc z kina, to Predators jest dla Was.

Cinema City popiera piractwo

Czerwiec 9, 2010

Cinema City

My toruńscy kinomani pozdrawiamy Cinema City Toruń i gratulujemy starań sprzyjających piractwu.

Dlaczego „Człowiek, który gapił się na kozy” pokazywany jest w Cinema City w Bydgoszczy, a w Toruniu już nie?

Dlaczego „Green Zone” nie można w ogóle obejrzeć w Cinema City (Tak samo było ze „Star Trekiem”)?

I cóż mają począć kinomani w mieście skazanym na jedno kino?

The Expendables

Czerwiec 1, 2010

Z okazji dnia dziecka, dla wszystkich wychowanych na filmach akcji.

The Expendables – trailer! :)

YouTube Preview Image

Czego więcej chcieć?

Książę Persji – Piaski Czasu

Maj 26, 2010

Książę Persji - Piaski Czasu

 

Chociaż Jerry Bruckheimer ma swoim producenckim dorobku poważniejsze filmy takie jak Helikopter w ogniu i Karmazynowy przypływ, to słysząc jego nazwisko nastawiamy się na akcję, przygodę i humor w każdym kolejnym przeboju kinowym. Drogie, zwariowane produkcje Bruckheimera znamy wszyscy, że wspomnę tylko takie jak Top Gun, Gliniarz z Beverly Hills, Bad Boys, Twierdza, Król Artur, czy trylogię Piratów z Karaibów.

Tym razem amerykański producent podjął się realizacji filmu na podstawie gry komputerowej. Dotychczas niewdzięczny temat, który wychodził bokiem Hollywood. Trudno wskazać jakiś dobry film na podstawie gry i chyba jedynym dotychczas przyzwoitym dziełem okazał się Hitman i może Resident Evil.

Książę Persji – Piaski Czasu w reżyserii Mike’a Newella, znanego chociażby ze świetnego Donnie Brasco, być może odmieni losy filmów na podstawie gier komputerowych.

Prince of Persia: The Sands of Time okazał się fantastycznym filmem przygodowym. Ma wszystko to, czego oczekiwałbym od takiej produkcji. Przyzwoitą fabułę, dobre efekty specjalne, dynamizm i dobry, jeśli nie bardzo dobry humor. Nie jest to co prawda tak magiczna i przebojowa produkcja jak Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły, niemniej Bruckheimer z Newellem nie zawiedli i świetnie wykorzystali temat zaczerpnięty z gry.

Zaznaczę przy tym, że jako gracz nie mam co do filmów na podstawie gier wymagań, by dokładnie je odwzorowywały, pokazywały taką samą fabułę itp. Chcę się bawić śledząc podobne przygody głównego bohatera oddające pewną atmosferę i klimat gier. Także jako gracz nie zostałem zawiedzony przez Piaski Czasu.

A o czym opowiada sam film? Śledzimy losy Dastana (Jake Gyllenhaal), który z sieroty stał się przybranym synem Króla Persji Sharamana. Następnie, dorosły już książę, wraz z dwoma braćmi i wujem (Ben Kingsley) stojąc na czele armii perskiej atakuje święte miasto Alamut. Tuż po zdobyciu miasta w rodzinie królewskiej dochodzi do zbrodni. Oskarżony o zabójstwo ojca Dastan ucieka wraz z księżniczką Alamutu, Taminą (Gemma Arterton). Dlaczego i przez kogo król został zabity? Dlaczego księżniczka podbitego miasta wyruszyła w drogę z Dastanem? W reszcie jak ważny jest tajemniczy sztylet znaleziony w Alamucie przez Dastana? Na te wszystkie pytania znajdziecie odpowiedzi oglądając Księcia Persji.

A ja tym czasem mam nadzieję, że Piaski Czasu doczekają się kontynuacji… oraz, że Legendary Pictures nakręci równie dobry film na podstawie bestsellerowej gry Mass Effect.